Z dzisiejszego julefrokostu nie mam zrobionych zadnych zdjec. Szkoda, ze nie pomyslalam o tym, bo bylo bardzo, bardzo fajnie i wszyscy sie chyba stad wybrali do domu w dobrych humorach.
Byla cala prawie nasza rodzinka, z obu stron. Bylo duzo (mówili ze dobrego) do jedzenia i do wypicia (ekhem khem khem… wypilismy do dna piec flaszek spirytuoza, dobrze ze nie byly calkiem pelne, jak zaczelismy), dobre towarzystwo i czego wlasciwie wiecej potrzeba?
Jakos chyba dopasowalam ilosc jedzenia do jedzacych, w kazdym badz razie nie bylo wielu resztek. Zostalo troche Mamy sledzia chyba tylko dlatego, ze nie wszystek wylozylam na stól (bo ja poprosilam ze by nam troche przywiozla sledzia domowej roboty), co bylo na stole to zostalo zmiecione z pólmisków i wszyscy go chwalili 🙂
Oprócz tego zostalo troche szynki i slodkich kartofli, no i ser, ale tego bylam pewna, ze nie zostanie zjedzony calkiem, bo kupilismy dosyc duze kawalki. Nawet tarteletty (to sie naprawde po polsku nazywa tartaletki?) poszly wszystkie, jak sie Krysiu obudzil (bo taki byl zmeczony, ze sie w srodku przyjecia polozyl 😉 Zeby nie spal, toby pewnie nawet tej szynki i kartofli nie bylo.
Goscie sie rozeszli tak troszke róznie. Najpierw Tata, Mama i Krysiu (tak dobrze po szóstej chyba), pól godziny po tym albo mala godzinka Rico z Jessica i dziecmi podwiezli Myrne do domu i sami pojechali do Århus, a Poul Erik zostal z nami na kanapie, rozmawial, pil rom i cole i musial byc strasznie napity, bo tak nas chwalil, ze jeszcze nigdy nas tak nie chwalil. I dom, ze mamy fajny i ze bardzo mu sie tu podoba i zawsze jest milo, i ze jedzenie bylo dzisiaj bardzo dobre i ze zawsze jest dobre, i ze dumny jest z Thomasa i z tego ze sobie sami radzimy i mamy sie dobrze i w ogóle. Musial byc strasznie pijany, chociaz nie bylo po nim tak tego widac. W kazdym badz razie nie chcial zebym go podwiozla i uparl sie isc na miasto balowac (ale albo zapomnial portfela w domu albo mu Myrna zabrala jak sama jechala :D), wiec go Thomas odprowadza. Nie puscimy go przeciez tak pijanego samego na miasto. On i tak potrafi sie doprowadzic do pozalowania godnego stanu i juz w te swieta raz byl na pogotowiu, zeby go pozszywali. Ciekawe kiedy mój maz po mnie zadzwoni… Bo doprowadzic Poul Eryka do domu to chyba nie bedzie latwe zajecie 😀
A ja teraz sobie siedze w domu z psem, mam pozmywane, pochowane, resztki sa w zmywarce i jest spokój. Tylko watroba mnie bolala. Dobrze ze mi Mama dala Raphacholin…
W przyszlym roku tez robimy balange 🙂 To moze byc nasza nowa tradycja swiateczna.
